Pożegnanie tytana (wyznanie osobiste)

Drukuj

 Łzy same cisną się do oczu gdy z tenisowego świata odchodzi człowiek prawdziwy – uśmiechający się prawdziwie, denerwujący się autentycznie, spontaniczny i bezkompromisowy. Andy Roddick powiedział nam „Goodbye”

Nie mam zamiaru pisać tutaj o statystykach – mało kogo z odwiedzających tę stronę one interesują. Zresztą nie czas na nie. Wczorajszy, jak się okazało pożegnalny mecz A-Roda to były przede wszystkim emocje, niepowtarzalna atmosfera i walka do ostatniej piłki, pomimo tego, że głowę odchodzącego na sportową emeryturę czempiona rozrywały fale wzruszenia i wewnętrznego rozrachunku z każdą spędzoną na korcie minutą. A tych chwil było sporo.

2009 rok. Finał Wimbledonu. Andy gra jeden z najlepszych spotkań w życiu – serwuje piekielnie silnie i różnorodnie, potężny forehand go nie zawodzi, wolej funkcjonuje dobrze, nawet backhand nie stanowi dla niego problemu. Po drugiej stronie siatki stoi jednak tenisowy heros, najlepszy w historii tego sportu Federer – geniusz i artysta. Roddickowi zabrakło kilku piłek do życiowego sukcesu – wygrania jednego z ulubionych i najbardziej prestiżowego turnieju. Ostatecznie przegrywa po 5 setowej batalii, w finałowym secie ustępując Szwajcarowi 14:16.

2012 rok. Wimbledon – III runda. Andy stawia silny opór rozstawionemu z nr 5 Ferrerowi. Przegrywa po 4 setach i czule żegna się z Brytyjską publicznością. Był to jego ostatni mecz na trawie.

5 wrzesień 2012 – ostatni mecz Roddicka – IV runda US Open. Ostatni gem serwisowy w karierze Amerykanina to obrona piłki meczowej i zdobycie 4 gema, pomimo wzbierających w oczach łez. Przy serwisie Argentyńczyka Roddick jest już niemal materialnie poza kortem, ale walczy do końca. I… Koniec.

Andy Roddick to ktoś, kto potrafi być zarazem dowcipny i autentyczny, a nie jest to powszechne. Forma nie zakrywa treści. Ostatnie słowa podziękowań kieruje do nieżyjącego przyjaciela i managera. Nie rozwodził się zbyt długo nad sobą. Pamiętał o innych.

Dużo krytyki spadło przez te kilkanaście lat aktywności Andy’ego pod adresem jego umiejętności – że rusza się ociężale, że jego wolej jest tragiczny, że jest zbyt nerwowy… I sporo więcej. Część tych zarzutów jest dla niego krzywdząca.

Andy Roddick jest dla mnie wzorem wojownika – był tenisistą, który do końca nie pogodził się ze swoimi mankamentami i walczył o ich poprawę. Był tytanem pracy. W ostatnim turnieju jego wolej był na bardzo wysokim poziomie. Pomimo tego, że jego serwis osłabł, pokazał, że umie go bronić nie tylko argumentami siłowymi. Na korcie, stając naprzeciw młodszych, zdrowszych i lepiej dysponowanych przeciwników, robił więcej niż mógł, by stawić im opór i godnie się zaprezentować. Nie poddał się do końca.

W swoim nerwowym poprawianiu koszulki, wymachiwaniu barkiem i poprawianiem czapki był naturalny i prawdziwy, nie komiczny. Mało kto pamięta, że obok gracza wszechczasów – Federera, tylko on utrzymał się w czołówce przez dekadę. Reszta ich pokolenia odpłynęła na znacznie dalsze lokaty, bądź wcześniej zakończyła kariery.

Po zapowiedzeniu przez Roddicka zakończenia kariery, głos zabrał właśnie Federer. Szwajcar zdobył się na piękne i w mojej opinii prawdziwe słowa, mianowicie stwierdził, że w jego opinii Andy jest czempionem Wimbledonu. Brak oficjalnego wpisu i pucharu w domu nie jest miarodajna.

Odchodząc na sportową emeryturę Andy Roddick zasmucił miliony tenisowych sympatyków na całym świecie. Łącznie ze mną. Pozostawi w zawodowym tenisie trwałą i widoczną wyrwę. Jego decyzja była jednak słuszna, dlatego, że sam wiedział, że „Its time”.

Cieszę się, że miałem okazje śledzić wiele z jego spotkań i podziwiać niezłomność, determinację i charyzmę. To było coś wyjątkowego, coś czego nie zapomnę. Dzięki Andy. Za wszystko.

Czytaj również