I wonder…

Drukuj

 

Dzisiejszy wpis miał być głównie poświęcony narzekaniom na brak pozytywnego przekazu w polskim kinie, sztampie, nieskończonemu wałkowaniu nudnych kwestii narodowych itp. Jednak po obejrzeniu „Sugar Man’a” nie ma się ochoty na narzekanie.

 Mały pierwiastek niezadowolenia ze specyficznego stanu naszej kinematografii wydaje się jednak niezbędny. Nie byłem w kinie na polskim filmie od lat, i nie zanosi się na zmiany. Ostatnie polskie filmy, które oglądałem to „Dom zły” i „Róża”. Trzeba powiedzieć, że to obrazy z górnej półki naszego rodzimego kina. To co jednak rzuca mi się w oczy, to ciągły pesymizm tych obrazów, niepokój jakiś, mrok i tragizm. Oraz oczywiście kwestie narodowościowe.

Ostatnie produkcje w kraju nad Wisłą „Syberiada Polska”, „Obława”, „Pokłosie”, czy nieco starsze, jak właśnie „Róża” trącą ciężkimi, zadymionymi tematami, gwałtem, mordem i nieskończonym wałkowaniem tematyki patriotyczno-rozliczeniowej. Lewicowe media podkreślają u nas, że trzeba się rozliczać z przeszłością, prawicowe chcą kina cementującego narodowy mit wielkiej ojczyzny. Efekt tego taki, że jak polski film, to albo gwałt, albo komuna, mord, strzelanina, gołe cycki, brutalne sceny erotyczne, rzucanie kurwami, przeszłość-wojna, wątki patriotyczne i wszechobecny fatalizm.

Do tego dochodzi kino „komediowe” czyli coś z cyklu „reżyser ma polskiego widza za idiotę i prostaka” i serwuje mu „Kac” Ala „Vegas”, „Pokaż kotku…”, „Imprezy integracyjne” i tego typu humoreski. Obecne kino komediowe w Polsce można zilustrować przykładem: scenarzysta pisze zdanie „Wygrałeś talon, na kurwę i balon” i liczy na to, że rozsiadający się w kinie Kowalscy rykną śmiechem, zakrztusiwszy się następnie popcornem. To, że często niestety ten pomysł wypala,  to inna sprawa.

Wydaje się, że ludzie filmu nie dostrzegają widzów, którzy mają dość oglądania w rodzimym kinie kwestii wojennych, żydowskich, mają w nosie rozliczanie jakichkolwiek spraw z przeszłości, nie chcą patrzeć na tandetne podróbki amerykańskich filmów gangsterskich czy nieudanych kopii zabawnych, bo głębszych oryginalnych zagranicznych sitcomów. Polakom, jak mało której narodowości potrzeba powiewu optymizmu.

Byłem niedawno na „Pamiętniku pozytywnego myślenia”. Piękna historia o miłości, zmaganiu z chorobą i nerwicami, codziennych problemach, ale opisana w sposób zabawny, miejscami poruszający, nakręcony wręcz bajkowo. Po takich filmach chce się żyć, człowiek wychodzi z sali kinowej ożywiony, chętny do uśmiechu, zmiany na lepsze. Nie trzeba milionów dolarów by kręcić takie nakręcające na życie historie, ale trzeba przerzucić się na pozytywny biegun myślenia.

Jestem kilka godzin po seansie z „Sugar Man’em. Emanująca od głównego bohatera filmu energia, spokój, akceptacja i pokora udzieliła się chyba każdemu widzowi podczas tego seansu. Niesamowity człowiek, wielka miłość, wielkie, uśmiechnięte dobro. Takich chodzących i żyjących wśród nas buddów jest więcej, trzeba tylko otworzyć się na nich i ich historie. Refleksja na smutno jest potrzebna, ale obecnie mamy jej zdecydowanie w nadmiarze.

Tak sobie myślę (prawie jak w piosence Rodrigueza „I Wonder” ;)), że jednak miało być więcej natchnienia, a mniej narzekania, ale niestety wyszło odwrotnie. Chyba to właśnie TEN MOMENT na odkrycie w sobie pozytywnego bieguna.

Życzę tego nie tylko sobie, ale wszystkim utalentowanym filmowcom i wszystkim, którzy po przeczytaniu tego krótkiego tekstu, choć lekko uśmiechnęli się w duchu :)

Czytaj również