Biało-Czerwony kod kulturowy

Drukuj

Parafrazując hasło wziętej marki spożywczej: „My Polacy tak mamy, lubimy spokój”. Chodzi niestety nie o spokój wewnętrzny, poczucie ciszy i przestrzenności, ale ten znacznie bardziej popularny – święty spokój, który bardzo łatwo sprowadza nas do poziomu istot nerwowych, płytko refleksyjnych i nieuważnych na innych.

Sytuacja z dnia dzisiejszego. Jadąc tramwajem mimochodem staję się słuchaczem nie do końca hołubionego przeze mnie gatunku muzycznego. Nastoletnia dziewczyna ma dość mocno rozregulowany odtwarzacz. Stojąca obok mnie starsza kobieta, wywarkuje spod nosa mało przyjemne podsumowanie całej sytuacji, po czym ostentacyjnie przenosi się na przód tramwaju. Za plecami słyszy „Jak się nie podoba to sobie wysiądź”. Cała sytuacja kończy się tym, że obie, z natury zapewne przeurocze panie, jednakże tutaj wyprowadzone z równowagi kończą dialog obopólnym pozdrowieniem „spierdalaj”.

Być może zabrakło tutaj wzajemnej empatii, spokoju czy po prostu uprzejmego zapytania w stylu „Czy mogłabyś nieco przyciszyć muzykę?”.

Tak czy inaczej pod pojęciem kodu kulturowego, który mam na myśli, kryją się mechanizmy, które determinują nasze życie i postępowanie. Mogą to być emocje/mechanizmy obronne biorące nad nami górę – frustracja, lęk czy na przykład agresja. Równie często „kodujemy się” poprzez bezrefleksyjne kopiowanie i adoptowanie zachowań wyniesionych z różnych bliskich nam środowisk, (dom rodzinny, praca), zbytnie przywiązywanie się do własnych przekonań opinii, idei.

Jako naród również stajemy się kreatorem swoistego kodu kulturowego – kreujemy zachowania społecznie akceptowalne, utrzymujemy stare wzorce, bądź powolnie wytwarzamy nowe. Przytoczony przeze mnie mało oryginalny przykład pokazuje, że często społecznie dajemy upust swoim negatywnym emocjom, kosztem „empatyzowania” się z innymi.

Przykładów takich zachowań mamy bez liku. W radiowej „3” debatowano niedawno nad kwestią problematyki przemocy rodzinnej wobec dzieci i surowszej karalności za czyny tego typu. Walcząc z przemocą wobec dzieci trzeba walczyć zarówno z powszechnym u nas przyzwoleniem społecznym na bicie dzieci (kto z nas nie widział nigdy matki dającej rozbieganemu dziecku klapa w tyłek?), jak i społecznym marazmem i biernością wobec tego typu zachowań (ilu z nas zwraca uwagę pijanemu człowiekowi awanturującemu się w autobusie, i ilu z nas może liczyć na wsparcie współpodróżnych w takich sytuacjach?).

Obserwując brak reakcji ze strony społeczeństwa na takie zachowania w sferze publicznej jak zamęczenie konia przez woźnicę w Zakopanem, odwracanie głowy gdy komuś dzieje się krzywda, brak reakcji na brutalizację języka i chamstwo pewnych grup (kibice jaśnie nam panującego sportu narodowego) etc., można odnieść wrażenie, że nasz kod kulturowy ma twarz Marka „Świra” Kondrata z „Dnia Świra”. Niech się dzieje co chce bylebym miał spokój, bylebym to nie ja musiał się zmieniać, byleby to nie mnie przeszkadzano, zawracano głowę. Będę więc siedział cicho, zgrzytał zębami, dopóki nie pęknie ta cieniutka linka, wtedy wybuchnę, walnę pięścią w stół i krzyknę „kurwa mać!”.

Spokój Kondrata jest spokojem, który pewnie każdy z nas kiedyś odczuł. Pozorny spokój nerwowego czytelnika gazety, marszczącego brwi na zbyt głośne dzieci sąsiadów, zbyt „inne” zachowanie towarzyszy podróży, zbytnio luźne podejście do życia bliskich.

Nie ma to nic wspólnego z prawdziwym spokojem, w którym jest miejsce na zewnętrzny hałas. Spokojem, który manifestuje się tak, że nawet będąc w najgłośniejszej dzielnicy Nowego Jorku, czujemy, że tak naprawdę wydarza się wszystko i nic.

Czytaj również