500 plus inne nieporozumienia

Drukuj

Realizacja programu „500 złotych na każde dziecko” wydrenuje kieszenie podatników na większą niż do tej pory skalę. Nie załatwi też problemu kryzysu demograficznego w Polsce. To, co ten program może przynieść, to głosy i poparcie dla partii wśród mniej świadomej części społeczeństwa, która nie zrozumie, że sama zrzuca się na ten zasiłek.

Jak najprościej osiągnąć w polityce PR-owy efekt? Dać coś za „darmo” i kreować się na dobrego wujka. PiS to robi. Co więcej, idea jest tym szlachetniejsza, że państwo będzie dotować dzieci i pomagać rodzinom. Wydaje się więc, że ci, którzy się czepiają po prostu nie mają serca. Bo ten projekt mógłby przecież podobać się wszystkim. I rząd, obiecując społeczeństwu 500 złotych zasiłku, chce przypodobać się jak największej liczbie ludzi. Margaret Thatcher dawno temu zauważyła, że „Podobanie się wszystkim nie jest zajęciem dla polityków”. Chyba jednak to już nieaktualne.

Problem polega na tym, że darmowych obiadów nigdy nie było i nigdy nie będzie. I tutaj druga myśl lady Thatcher tak łatwo się nie zdezaktualizuje : „Nie ma czegoś takiego jak publiczne pieniądze. Jeśli rząd mówi, że komuś coś da, to znaczy, że zabierze tobie, bo rząd nie ma żadnych własnych pieniędzy”. Korwin-Mikke zwykł dodawać przy tym, że gdy rząd mówi że coś da, to najpierw zabierze więcej, bo musi powołać urzędnika, który będzie rozdawał publiczne pieniądze. W przypadku omawianego i odmienianego przez wszystkie przypadki projektu rządowego mowa jest o siedmiu tysiącach nowych urzędników, których to podatnik będzie musiał przecież opłacać.

Aby umożliwić realizację tak drogiego projektu, rząd będzie musiał sięgnąć głębiej do kieszeni podatnika. Nie wiem jak zatem miałby jednocześnie spełnić obietnicę obniżenia podatku CIT, zwiększenia kwoty wolnej od podatku i przynajmniej utrzymania obecnej wysokości danin publicznych. Tego typu projekty uderzają w kieszeń każdego płacącego w Polsce podatki człowieka. Bez względu na to czy ma jedno, trójkę czy zero dzieci. A to można uznawać za swoistą dyskryminację.

Jeśli przyjmiemy, że płacimy podatki na wspólne dobra, jakimi są drogi, szkoły, szpitale czy policja – to można się zgodzić, że przynajmniej niekiedy z nich korzystamy. W przypadku ogólnopolskiej zrzutki na niektóre (od drugiego) dzieci niektórych rodzin, ta zasada zostaje złamana. Jacek Sierpiński wyliczył, że miesięcznie podatnik na rzecz projektu 500+ zapłaci 150 złotych. I komentuje to tak : „Owszem, te pieniądze i tak są mi zabierane. Ale tu mam pewność, że nie pójdą one już na nic, z czego sam korzystam. Będę musiał finansować obcych mi ludzi, tylko dlatego, że ci posłowie uznali ich potrzeby za ważniejsze”.

Osobiście ideę głoszącą, że decyzję o posiadaniu dzieci warunkują głównie pieniądze, uważam za brzydką. Oczywiście trzeba liczyć siły na zamiary i wkalkulować to w rodzinny budżet, ale generalnie decyzja o posiadaniu dzieci jest (lub powinna być) indywidualną i świadomą decyzją dwojga ludzi. Decyzją nie tyle płynącą z zasobności portfela, ile z miłości, odpowiedzialności i dojrzałości mentalnej. Zaplecze finansowe powinno być tutaj istotnym punktem, ale wypracowanym samodzielnie, bo żaden projekt „500”, „700” czy „900” tego za przyszłych rodziców nie załatwi.

Członkowie Prawa i Sprawiedliwości podczas medialnych prób tłumaczenia sensowności swojego projektu niejednokrotnie potrafią sobie zaprzeczyć. Z jednej strony PiS przekonuje, że ich projekt ma wyraźnie pobudzić dzietność. I tak Jacek Sasin mówił wczoraj w Polsat News, że 500 złotych otrzyma każda rodzina na drugie dziecko bez względu na uzyskiwany przez rodzinę dochód bo „Chodzi o to, by w każdej rodzinie rodziło sie więcej dzieci – i biednej, i bogatej”. Wydaje się niedorzecznym twierdzić, że w przypadku bardzo majętnej rodziny te 500 złotych może w jakikolwiek sposób decydować o chęci posiadania przez partnerów kolejnego dziecka.

Konserwatyści generalnie mają kłopot ze złożonością zjawisk społecznych. Mieli ją zawsze, ale w XXI wieku, chyba w wyniku natłoku zmian, gubią się jeszcze wyraźniej. Wydaje im się, że jak dadzą jakąś kwotę pieniędzy, to załatwią za ludzi decyzję o posiadaniu dzieci. Ale, szanowni Państwo, te decyzje są trudne z szeregu względów. Emancypacja kobiet, ich możliwości partycypowania w szeroko pojętej władzy, biznesie, rozwoju – oddzielnego od realizowania się jako matka w domu – to dorobek, relatywnie rzecz biorąc, wciąż świeży. Ludzie są w pewnym sensie wolni jak nigdy wcześniej, nie są karbowani tak mocno przez kulturę, role społeczne itp., więc tak łatwo nie wchodzą w rolę ojca czy matki pięciorga dzieci. I to jest tylko cząstka tłumacząca tak niski przyrost naturalny w Europie.

Konserwatyści często podają przykłady, że gdy Polki korzystają z pieniędzy i zaplecza socjalnego krajów zachodu będąc na emigracji, to posiadają więcej dzieci. Dlaczego jednak u rodowitych Niemek czy Brytyjek przyrost naturalny kuleje i ze świecą szukać wielodzietnych rodzin?

Konserwatyści z utęsknieniem podają przykłady rodzin muzułmańskich, w których rodzi się tak dużo dzieci. Jedną z przyczyn może być to, że w społeczeństwie muzułmańskim kobieta jest mocniej uwarunkowana kulturowo, ma znacznie wyraźniej przypisaną społeczną rolę, jest siłą wepchnięta w narzucone jej zadania, więc ma rodzić więcej dzieci. I robi to. Bo kobieta w islamie jest polem, a mężczyzna pługiem, który orze pole. Wspaniałe i współczesne, czyż nie?

Na koniec o opozycji. Platforma Obywatelska i Polskie Stronnictwo Ludowe atakują partię rządzącą, że ta swym projektem dyskryminuje część dzieci. PO chciałaby teraz 500 złotych na każde dziecko. Opozycja pogrąża się więc, wybierając tanią grę na emocjach, jednocześnie rezygnując z opcji merytorycznego wskazania błędów projektu 500+. Zamiast tego proponuje własny, jeszcze bardziej populistyczny, jeszcze bardziej kuriozalny projekt.

Niesmaczne.

Czytaj również